poniedziałek, 20 lutego 2012

One night in Bangkok!


Podróż dobiegła końca, ostatecznie bez większych problemów.

RADA NA PRZYSZŁOŚĆ: Warto wykupić przeloty tych samych linii, wtedy mają obowiązek na nas poczekać lub zapewnić nocleg i lot w kolejnym możliwym terminie.

Samolot w Kijowie czekał na nas prawie godzinę i  ludzie, którzy w nim czekali byli mocno zirytowani.

Na lotnisku w Bangkoku baliśmy się o nasze walizki, przecież mogły zostać w Kijowie...ale znalazły się i kolejką nadziemną z lotniska udaliśmy się prosto do naszego hotelu o nazwie "Tango". Zajęło to około 25 minut, a hotel znajdował się około 5 minut pieszo od przystanku. Szoku jakiego doznaliśmy po wyjściu z klimatyzowanego lotniska na powietrze (ciężko to nawet nazwać powietrzem) nie potrafię opisać. Nagle człowiek staje się obklejony i nie ma czym oddychać :P To było szczególnie niemiłe wrażenie po tak długiej podrozy i zmeczeniu jakie nam doskwieralo.
Po zalogowaniu się w hotelu zjedliśmy śniadanie (bogate w dojrzałe ananasy, arbuzy i papaje) i poszliśmy się umyć i odpocząć bo mimo tego, że panowała tu 7 rano, nasze organizmy czuły 1 w nocy:)

Około godziny 15:00 wyruszyliśmy w miasto!

Całe szczęście, że byliśmy tu z Rodzicami, którzy byli tu wcześniej i poprowadzili nas w ciekawe miejsca.
Gdyby nie to, pewnie nie wyszłabym z hotelu. Mówi się, że Bangkok od razu się pokocha lub znienawidzi... Ja byłam gdzieś pomiędzy...Konrad był wyraźnie podekscytowany i chciał więcej :)
Ciężko opisać to miasto, tak abyście mieli rzeczywiste wyobrażenie o nim. Bez uczucia potu na całym ciele, duchoty, kurzu, spalin, przeróżnych zapachów (od tych najgorszych do tych miłych dochodzących z ruchomych kuchenek) i ogólnego poczucia się takim malutkim i nic nie znaczącym w tym tłumie i korkach, bez obrazy, ale nie da się tego zrozumieć. Trzeba przeżyć na własnej skórze i zaakceptować lub nie. Muszę wspomnieć też o ludziach, którzy są wyjątkowo mili, pomocni i uśmiechnięci. W ciągu tego jednego dnia dało się to zauważyć, mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazję!
Prawdą jest to, że Bangkok jest miastem sprzeczności i różnorodności.Po jednej stronie ulicy możemy zobaczyć slumsy, a po drugiej nowoczesny drapacz chmur.
W mieście można się spotkać z przeróżnymi środkami lokomocji. Od taksówek przez tuk-tuki, autobusy, tramwaje wodne, kolejki oraz taksówko-skutery. Nie mam pojęcia jak oni to robią, ale raczej każdy jeździ jak chce unikając przy tym stłuczek. Najczęściej nie ma pasów, a ruch jest lewostronny.
Wracając do naszej wycieczki...
Tramwajem wodnym popłynęliśmy na drugą stronę kanału. Tam udaliśmy się na Złotą górę (Golden Mountain) i WAT PHO (Świątynia leżącego buddy) gdzie znajduje się największy posąg leżącego Buddy i najlepsza szkoła masażu. Jest to jedna z największych i najstarszych świątyń buddyjskich w Bangkoku. Oprócz tego ma fajną nazwę :) My, jako WAT-owcy czuliśmy się jak u siebie:) Co do Golden Mountain...naprawdę była to niewielka góra, na którą wspinaliśmy się wzdłuż dzwonów, w które można było uderzać młotem (na szczęście). Na samym szczycie znajdował się wielki złoty dzwon oraz powieszone przez odwiedzających małe dzwoneczki, również na szczęście.







Wracając tuk-tukiem (to naprawdę wielki wyczyn w 4 osoby!) odwiedziliśmy słynną ulicę Khao San Road, na której życie tętni całą dobę. Od straganów z ubraniami po salony masażu, knajpy i mobilne stanowiska z przecudacznymi potrawami. Tam właśnie zjedliśmy swoje pierwsze Pad Thai za 50 BATH'ów czyli ok. 5zł i pokochaliśmy tajską kuchnię.






Na koniec poszliśmy do salonu masażu na masaż stóp, który trwał ponad godzinę, był meeeeega przyjemny i relaksujący i kosztował jedyne 17 zł. A tak wyglądają uliczne masaże:








W między czasie Konrad zjał szaszłyka ze świnki za 70 groszy, kupiliśmy paczkę ananasów na 2 zł, paczkę papai za 2 zł, zupę tajską i inne pyszności:)




5 komentarzy:

  1. Będę pierwsza?!!:D

    Ja Wy zapamiętujecie te wszystkie dziwne nazwy potraw, miejsc:P

    Jako przyszła Fizjoterapeutka(;p) zamawiam u Was krótki kurs ze Tajskiego masażu stóp(tego Nas nie uczą na ćwiczeniach)...!!

    Trzymajcie się!! Słoneczka życzę!! Czekam na dalszy ciąg przygód!!:*;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Super blog! Gratulacje!
    Mogę sobie znajome kąty przypomnieć :)
    Maju, masz lekkie pióro i czyta się całkiem przyjemnie, a i zdjęcia bardzo ładne! Aż zazdroszczę... sam takich ładnych nie robię, niestety ;)
    Gorąco zachęcam do pisania! Chociaż, przy tych tajskich upałach bardziej wskazane mogą być chłodniejsze zachęty ;)
    W każdym razie, niezależnie od tego, jakich zachęt potrzebujecie, macie we mnie wiernego czytelnika! :)
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na więcej! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za wsparcie i komplementy!
    Pozdrawiamy...bardzo gorąco (35 st C w cieniu)!

    OdpowiedzUsuń
  4. A zdjęcia to w 3/4 zasługa Mamy więc przekażę Jej dobre słowo Mistrza :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Maja! Cudowna podróż, świetnie komentarze, naprawdę ładnie piszesz :) Bawcie się dobrze! Pozdrawiamy z szarego i deszczewego Mazowsza ;)

    OdpowiedzUsuń