Rodzice znów nie dali nam się wyspać. Szybkie śniadanie o 7:30 (mój żołądek jeszcze nie zechciał pracować) i wyjazd z hotelu taksówką na prom odpływający z Phuket w kierunku wysp Phi Phi. Bilety i taksówkę załatwił Tata kilka dni wcześniej. Prom okazał się dość drogi (1000 bath'ów/os.), ale za to z klimatyzacją, co dla mnie było wtedy wybawieniem. Płynęliśmy przez około 2 godziny mijając po drodze mnóstwo wapiennych skał oraz Koh Phi Phi Leh. Docelowo dopłynęliśmy do Koh Phi Phi Don co z Koh Phi Phi Leh i tymi wystającymi skałami tworzy grupę wysp Phi Phi, które wchodzą w skład prowincji Krabi. Koh Phi Phi Don jest najwięjszą i jedyną stale zamieszkaną wyspą. W porównaniu z Koh Chang, która jest trzecią co do wielkości wyspą Tajlandii...Koh Phi Phi była naprawdę malutka :) W 3-4 h pewnie dałoby się ją obejść.
Pogląd na to, gdzie jesteśmy:
http://upload.wikimedia.org/ wikipedia/commons/7/73/Phi_ Phi_Islands.png
Zeszliśmy z promu i trzeba było załadować się na małą łódkę aby dostać się do hotelu. Gdybyśmy chcieli przedostać się do niego lądem musielibyśmy iść z walizkami po stromym zboczu w lesie ok 30 minut, raz pod górkę, raz z górki...
Za 100 bath'ów od osoby zabrał nas pewien miejscowy Taj swoją ciekawą łódką na naszą plażę :) Odmienność jej polegała na jej budowie. Składała się z czegoś w stylu większego drewnianego Canoe z umieszczonym na tyle obracającym się silnikiem, często wyglądającym jak zwykły, samochodowy, bez obudowy. Jak się później dowiedzieliśmy, łódki te mają swoją nazwę: "Longtail". Zawdzięczają ją długiemu ogonowi zbudowanemu z około 2-3 metrowego metalowego przedłużenia śruby (takiej rury po prostu) zakończonej śrubą napędzającą całą łódź.
Ciekawy był moment wychodzenia z łódki...trzeba było po prostu z niej wyskoczyć do wody (na wysokość pośladków) i przekładać walizki z łódki na plażę. Konrad z Tatą trochę się przy tym namęczyli. Ale za to od razu byliśmy na plaży :) Zalogowaliśmy się w hotelu Paradise Pearl Bungalows no i zaczęło się leniuchowanie...
Ciężko mi opisać poszczególne dni na wyspie...oddaliśmy totalnemu odpoczynkowi i zapanował "bezczas". Po kilku dniach nie wiedziałam nawet kiedy mamy wyjeżdżać, czy jest wtorek czy sobota, 25-tego lutego czy może już marzec...
Temperatura 30 st C nie pozwala na wystawianie cielska bezpośrednio na słońce więc większość czasu spędziliśmy w cieniu popijając mleko z kokosa (tudzież lokalne piwo Chang), czytając gazety i książki... "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" tak nas wciągnęła, że musieliśmy wymieniać się nią co 15 minut. Oczywiście akcja rozpoczęła się dopiero około 350-tej strony, ale za to trzymała w napięciu do ostatnich zdań. Polecamy ją wszystkim (film w wersji amerykańskiej jest do kitu!)!!!
Jednego wieczoru przeszliśmy się do miasta, czyli do portu. Jak to w centrum, zastaliśmy tam mnóstwo straganów, knajpek i sklepików. Oczywiście wszędzie trzeba było zdejmować buty, co mnie osobiście trochę obrzydza, ale z szacunku do ich kultury, zdejmowałam. Przeszliśmy większość uliczek, zjedliśmy krewetki i kukurydzę na straganie, podkarmiliśmy miejscowego kota i wróciliśmy łódką na naszą odizolowaną, cichą plażę. Resztę wieczorów spędziliśmy już w knajpce hotelowej testując nowe tajskie potrawy (moje były zawężone do tych z kurczakiem) lub w domku ogrywając Rodziców w Makao...a właściwie w "Du**" - kto grał ten wie :P
Jedyną aktywnością jakiej się oddawaliśmy było snurkowanie. Niedaleko naszej plaży znajdował się tzw. "shark point", czyli miejsce gdzie można spotkać rekiny. Nie przewidzieliście się, REKINY:)
I to nierzadko. Konrad widział je 5 na 6 razy. Niektóre były naprawdę spore, w wodzie wydawało się, że mają około 1-1,5 m. Spodziewałam się, że przy pierwszym spotkaniu z rekinem ulegnę stereotypowemu myśleniu, które wywołuje strach i mrozi krew w żyłach, ale rekiny nie wydawały się nami zbytnio zainteresowane i to pozwoliło mi czuć się przy nich swobodnie.
Pogląd na to, gdzie jesteśmy:
http://upload.wikimedia.org/
Zeszliśmy z promu i trzeba było załadować się na małą łódkę aby dostać się do hotelu. Gdybyśmy chcieli przedostać się do niego lądem musielibyśmy iść z walizkami po stromym zboczu w lesie ok 30 minut, raz pod górkę, raz z górki...
Za 100 bath'ów od osoby zabrał nas pewien miejscowy Taj swoją ciekawą łódką na naszą plażę :) Odmienność jej polegała na jej budowie. Składała się z czegoś w stylu większego drewnianego Canoe z umieszczonym na tyle obracającym się silnikiem, często wyglądającym jak zwykły, samochodowy, bez obudowy. Jak się później dowiedzieliśmy, łódki te mają swoją nazwę: "Longtail". Zawdzięczają ją długiemu ogonowi zbudowanemu z około 2-3 metrowego metalowego przedłużenia śruby (takiej rury po prostu) zakończonej śrubą napędzającą całą łódź.
Ciekawy był moment wychodzenia z łódki...trzeba było po prostu z niej wyskoczyć do wody (na wysokość pośladków) i przekładać walizki z łódki na plażę. Konrad z Tatą trochę się przy tym namęczyli. Ale za to od razu byliśmy na plaży :) Zalogowaliśmy się w hotelu Paradise Pearl Bungalows no i zaczęło się leniuchowanie...
Ciężko mi opisać poszczególne dni na wyspie...oddaliśmy totalnemu odpoczynkowi i zapanował "bezczas". Po kilku dniach nie wiedziałam nawet kiedy mamy wyjeżdżać, czy jest wtorek czy sobota, 25-tego lutego czy może już marzec...
Temperatura 30 st C nie pozwala na wystawianie cielska bezpośrednio na słońce więc większość czasu spędziliśmy w cieniu popijając mleko z kokosa (tudzież lokalne piwo Chang), czytając gazety i książki... "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" tak nas wciągnęła, że musieliśmy wymieniać się nią co 15 minut. Oczywiście akcja rozpoczęła się dopiero około 350-tej strony, ale za to trzymała w napięciu do ostatnich zdań. Polecamy ją wszystkim (film w wersji amerykańskiej jest do kitu!)!!!
Jednego wieczoru przeszliśmy się do miasta, czyli do portu. Jak to w centrum, zastaliśmy tam mnóstwo straganów, knajpek i sklepików. Oczywiście wszędzie trzeba było zdejmować buty, co mnie osobiście trochę obrzydza, ale z szacunku do ich kultury, zdejmowałam. Przeszliśmy większość uliczek, zjedliśmy krewetki i kukurydzę na straganie, podkarmiliśmy miejscowego kota i wróciliśmy łódką na naszą odizolowaną, cichą plażę. Resztę wieczorów spędziliśmy już w knajpce hotelowej testując nowe tajskie potrawy (moje były zawężone do tych z kurczakiem) lub w domku ogrywając Rodziców w Makao...a właściwie w "Du**" - kto grał ten wie :P
Jedyną aktywnością jakiej się oddawaliśmy było snurkowanie. Niedaleko naszej plaży znajdował się tzw. "shark point", czyli miejsce gdzie można spotkać rekiny. Nie przewidzieliście się, REKINY:)
I to nierzadko. Konrad widział je 5 na 6 razy. Niektóre były naprawdę spore, w wodzie wydawało się, że mają około 1-1,5 m. Spodziewałam się, że przy pierwszym spotkaniu z rekinem ulegnę stereotypowemu myśleniu, które wywołuje strach i mrozi krew w żyłach, ale rekiny nie wydawały się nami zbytnio zainteresowane i to pozwoliło mi czuć się przy nich swobodnie.
Wybraliśmy się na 4-godzinny, popołudniowy rejs motorówką wokół Phi Phi Leh. Główną atrakcją tego rejsu było odwiedzenie Monkey Beach, czyli plaży małp oraz Maya Bay, czyli zatoki Maya, znanej z filmu The Beach (tytuł polski: "Niebiańska plaża") z Leonardo di Caprio.
Co do małp...ale się uśmialiśmy! Co za zabawne zwierzaki! Strzelają miny jak ludzie, ssą kciuki, drapią się po tyłkach, iskają się, huśtają i uwielbiają coca-colę! Dla puszki/butelki coli małpa jest w stanie zrobić wszystko. Jak jej nie dasz to Ci ją ukradnie.
Co do niebiańskiej plaży...łaaał już wiem dalczego Leonardo tak bardzo dążył do jej odnalezienia i dlaczego tak pragnął tam pozostać. Oczywiście, po nakręceniu tego filmu, każdego dnia spływa tam tysiące turystów, jednak miejsce jest dość dobrze utrzymane, a jego naturalne piękno zachwyca w każdym calu!
Zatrzymywaliśmy się jeszcze w kilku zatoczkach z równie pięknym widokami i lazurową wodą.
Snurkować można było godzinami, temperatura w Morzu Andamańskim wynosiła około 28 st C wiec nie istniał tam taki termin jak "zimno"! Istna zupa! I tu muszę wspomnieć o Konradowej zdobyczy: muszla (niezamieszkana) 9x6 cm – przepiękna! Będzie zdobiła naszą półkę!
Doczekaliśmy się zachodu słońca i wróciliśmy na naszą rajską plażę.
W tym miejscu panowała niesamowita atmosfera. Nie był to typowy kurort, jaki możemy spotkać w popularnym wakacyjnym miejscu (np. W Egipcie czy Turcji). Miejsca dla turystów były tylko w małych domkach umieszczonych wzdłuż plaży. Nie było ich dużo więc czuło się bardzo swobodnie i intymnie. Brak zgiełku i typowego nocnego życia Tajlandii... Myślę, że to najlepsze miejsce na świecie na odpoczynek. Szkoda, że czas tego odpoczynku zwykle szybko dobiega końca, trzeba się pakować i ruszać w dalszą drogę...
Co do małp...ale się uśmialiśmy! Co za zabawne zwierzaki! Strzelają miny jak ludzie, ssą kciuki, drapią się po tyłkach, iskają się, huśtają i uwielbiają coca-colę! Dla puszki/butelki coli małpa jest w stanie zrobić wszystko. Jak jej nie dasz to Ci ją ukradnie.
Co do niebiańskiej plaży...łaaał już wiem dalczego Leonardo tak bardzo dążył do jej odnalezienia i dlaczego tak pragnął tam pozostać. Oczywiście, po nakręceniu tego filmu, każdego dnia spływa tam tysiące turystów, jednak miejsce jest dość dobrze utrzymane, a jego naturalne piękno zachwyca w każdym calu!
Zatrzymywaliśmy się jeszcze w kilku zatoczkach z równie pięknym widokami i lazurową wodą.
Snurkować można było godzinami, temperatura w Morzu Andamańskim wynosiła około 28 st C wiec nie istniał tam taki termin jak "zimno"! Istna zupa! I tu muszę wspomnieć o Konradowej zdobyczy: muszla (niezamieszkana) 9x6 cm – przepiękna! Będzie zdobiła naszą półkę!
Doczekaliśmy się zachodu słońca i wróciliśmy na naszą rajską plażę.
W tym miejscu panowała niesamowita atmosfera. Nie był to typowy kurort, jaki możemy spotkać w popularnym wakacyjnym miejscu (np. W Egipcie czy Turcji). Miejsca dla turystów były tylko w małych domkach umieszczonych wzdłuż plaży. Nie było ich dużo więc czuło się bardzo swobodnie i intymnie. Brak zgiełku i typowego nocnego życia Tajlandii... Myślę, że to najlepsze miejsce na świecie na odpoczynek. Szkoda, że czas tego odpoczynku zwykle szybko dobiega końca, trzeba się pakować i ruszać w dalszą drogę...
Widoki ze śniadania:
Konrad sączy sobie mleczko kokosowe.
Kot schrupał węża na śniadanie :)
Małpy w akcji.........
"Niebiańska plaża" a tak naprawdę Maya Bay :)
Wieczorne rozrywki..........
Pożegnanie z plażą...
Zrobiłam zakupy :P
Małpa pije coca-cole!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz