środa, 16 października 2013

A Kind Of Magic

            Dotąd był to tylko blog Majki, ale powiedziała, że się podzieli. W końcu robimy to RAZEM :) Teraz wszystko TO kocham, to ona i ja, czyli Majka i Weronika, czyli podróże, muzyka, projektowanie, zdjęcia, ogrody, taniec i przede wszystkim Vanessa. Nasze modowe dziecko. To będzie pierwszy vanessowy wpis, choć A Kind Of Magic jest numerem 4 wśród naszych kiecek.
            Powinnam jeszcze wyjaśnić dlaczego Vanessa, ale to raczej historia na osobny wpis ;)
            Więc jak to wygląda od kuchni? Ano tak...


            Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tym razem się nam nie uda. Pobudka z pianiem kura, papiloty na głowę, skrzydła do plecaka i wio do Trójmiasta. Marta, nasze kochane Moosiatko, jak zwykle uśmiech pierwsza klasa. Kto na jej miejscu zaserwowałby mi taki ładny uśmiech z zapaleniem zęba? Nie będę wdawać się w szczegóły, być może właśnie jesz śniadanie…
            Jedziemy.
            Jeden z panów policjantów był bardzo rzeczowy, nie użył ani jednego zbędnego słowa, tylko i wyłącznie tych najbardziej potrzebnych. Drugi z kolei wydawał się być… pobudzony. Taki żartowniś, wiesz. Nie jestem Kubica, ani nawet Schumacher, ale żeby od razu mandat? Dziewczynie w papilotach? Przyznaj, że to świetna okoliczność łagodząca.
            Potem było już tylko lepiej; żelazko pozostawione bez opieki, klucze do auta Mai magicznym sposobem zawieruszone gdzieś w moim samochodzie, no i Matka Natura. Ta to nam dała po dupie.
            Jedziemy. Tym razem Maja prowadzi - nie kusimy losu, skurczybyk na pewno skorzystałby z okazji. Jedziemy, jedziemy, a wielkie, czarne, kłębiaste, złowieszcze chmurzysko za nami. Dojeżdżamy na naszą rozpracowaną wcześniej miejscówkę. Maja zaciąga ręczny, ja wysyłam sygnał nerwowy do tyłka, co by go podnieść z fotela i… KAP.
            Spaliłyśmy trochę benzyny próbując zgubić za zakrętem chmurzysko, wykonałyśmy kilka telefonów badając sytuację meteorologiczną w okolicy. Za dwa dni Moosie miała odlecieć do Krainy Wiecznych Łosiów, Łosiolandii, Łoś Vegas... miała zabukowany bilet do Szwecji i ta sobota z zapaleniem zęba to ostatni dzwonek dla naszych nowych tekstyliów, które jeszcze nie doczekały się swoich zdjęć.
            Jedziemy. Znaczy się, powracamy duszę utęsknioną na ojczyzny łono. A ojczyzna co? Obrażona, że się wozimy po Trójmieście, szukamy modnych miejscówek, jakby w Starogardzie, nie było gdzie fotek cykać. Wypiął się i kazał cmoknąć. „Teraz to nie będzie zdjęć, too late, sory memory.” Tak nam skubany powiedział i zaczęło padać.
            Spokorniałyśmy trochę. Majka musiała się uczyć, bo jutro egzamin. Marta musiała się pakować, bo pojutrze Łoś Vegas. A Hometown, jakby poruszony losem nieszczęśliwych dziewcząt, dokonuje spektakularnego przegonienia chmurzyska sponad dachów, wieżyczek, dzwonniczek i parkingów, i mówi: „Flaszka się za to należy”. 











Więcej zdjęć:

Vanessa - enjoy your dress
Marta Streng Blog


Dziewczyny, którym kiecka się podoba zapraszamy do kontaktu via facebook albo na mail vanessakiecki@gmail.com :)

W.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz