wtorek, 29 października 2013

Cześć Siema!

Nie przywitałam się jeszcze, więc robię to teraz. Chciałabym Wam opowiedzieć ekspresowo historię Vanessy, skąd taka obciachowa nazwa, co ona tu w ogóle robi i po co to wszystko. Zanim zapomnę, bo pamięć mam krótką i działającą wybiórczo, a nie chcę zapomnieć nic a nic. Ani pozytywów, które malują uśmiech na twarzy, ani negatywów, które może i dziobią w serducho, ale za to dają nauczkę.

Mamy jeszcze październik, ale już niedługo, bo zaraz listopad. Jest ciemno od 16ej, pada i bardziej zimno niż ciepło na zewnątrz. Spoko, takie klimaty też lubimy, bo kot kima pod kominkiem, a tam żywy ogień trzeszczy na pomarańczowo, herbatę z sokiem malinowym też lubimy, i ciastka z czekoladą nawet bardzo. Jakby w zwolnionym tempie i z zepsutą ostrością się żyje w październiku u progu listopada, ale co tam, sezonowość i różnorodność to duży plus naszego kontynentalnego klimatu. Siedzę tak w tych ciepłych kapciach, z kotem na kolanach, herbatą w łapie i ciastkiem w zębach, i myślę. Siedzę i siedzę, myślę i myślę - jak nawinął klasyk, i dochodzę do wniosku, jedynej słusznej prawdy, że lato to jest jednak to.

To był chyba sierpień. Jejku, nie minęły dwa lata, a ja już nie potrafię przyporządkować tych wakacji odpowiedniemu miesiącowi. No nic, powiedzmy że był to sierpień. Rzecz się dzieje na południe od naszej ojczyzny, w małych samochodzikach bez dachu. Cudowne dwa tygodnie z hakiem. Przez Czechy, Słowację, Węgry i Rumunię do Bułgarii. Potem Macedonia, Albania i w górę do Czarnogóry, Bośni i Hercegowiny, znowu do Węgier i Słowacji, no i hop przez polską granicę. Słońce, zimne drinki, opalenizna i beztroska. Wiatr we włosach, bo dachu nad głową brak.W takich okolicznościach przyrody narodziła się Vanessa. Bo tam gdzie słońce świeci jaśniej, owoce smakują lepiej, a czas płynie wolniej, banalne słowiańskie imiona strasznie trudno zapamiętać. Pozdrowienia z tego miejsca dla Bora i Kuba, ojców chrzestnych Vanessy - jak dosięgnie nas karząca ręka fejmu i pani Popek w Pytaniu na Śniadanie zapyta "a czemu vanessa", to powiemy, że to Wasza sprawka!

 

Wyciągnęłam te zdjęcia z samego dna mojego komputera, czarnej teczki i archiwum X sentymentalnych pamiątek. Trafiły tam kilka miesięcy temu w afekcie. Pod wpływem tych samych emocji do kontenera Caritasu wyrzuciłam całkiem dobrej jakości koronki. Myślisz sobie wtedy jak to jest możliwe, że świat się dalej kręci, i żeby już był październik, a najlepiej listopad.

Ha! Życie, to jest jednak kawał cwanego skurczybyka! Daje Ci po dupie, tracisz na chwilę równowagę, ale jak już wytrzesz twarz z błota, to widzisz świat wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Wtedy wyciągnęłam swoją maszynę do szycia (smykałka do igły i nitki odziedziczona po babci - krawcowej) i szyłam. Jedną kieckę, potem drugą. To nawet nie była decyzja podjęta z jakiegoś powodu, tylko czysty instynkt. Nie obyłoby się oczywiście bez kilku cudownych osób, które racjonalizm i dobre myśli wkładały mi do głowy wiadrami. Gdyby nie Maja, nie czytałbyś tego teraz, Drogi Czytelniku, bo to ona pchnęła idee Vanessy w odpowiednim kierunku i uporządkowała zbyt wiele pomysłów. Ba, to jest jej blog! Nie wie nawet, że się tu teraz uzewnętrzniam... Kocham Cię Majuś, pamiętaj!


Ot, cała historyja. Vanessa to ja i jakkolwiek ta ksywka się nie kojarzy (słyszałam kilka ciekawych interpretacji), to jest część mnie i jestem z niej dumna!



Niedługo rusza sklep internetowy i będzie można zamawiać nasze kiecki łatwo, szybko i przyjemnie, dlatego śledźcie co się dzieje na fecebook'u albo tutaj, bo na pewno ogłosimy wszem i wobec nową www :)

Do następnego!
W.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz